KONTAKT

Komandor Maratonu: Tomasz Gierasimczyk – 606 634 741
Sędzia Główny: Piotr Kanar – 603 454 707
Kierownik Punktu Start–Meta – Roman Ciechański – 501 622 701
Obsługa czasowa: Arkadiusz Robak – 504 946 148
Członek komitetu organizacyjnego – Anna Gostomczyk – 797 476 111



O GIENKU

Pasja to wewnętrzny ogień, który sprawia, że człowiek staje się aktywny w obszarze, gdzie jego działania nie wynikają z motywacji zewnętrznych. Działam nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę. Dla mnie jest to pragnienie zrealizowania potrzeb wyższego rzędu, specyficznych tylko dla człowieka, czyli uznania, akceptacji, szacunku i potrzeby samorealizacji.

W sytuacji gdy praca jest koniecznością, jaka się po prostu wydarza, to właśnie hobby staje się płaszczyzną, na której człowiek może się w jakiś sposób realizować. Pragnienie samorozwoju, a zatem posiadania pasji, odczuwa tylko kilkanaście procent populacji. Dlatego właśnie ci, którzy ją posiadają są tacy wyjątkowi. Czy człowiek, który nie posiada pasji, jest w jakimś sensie uboższy? Z całą pewnością. Nie mówię tutaj o tych, którzy nie mają hobby, bo przecież nie każdy musi je mieć, ale o tych, którzy utracili pasję życia. Działają na pół gwizdka, życie przecieka im przez palce. Z całą pewnością bezpowrotnie coś tracą. Michał Anioł powiedział, że naszą tragedią bywa nie to, że nie sięgamy wysoko i nie osiągamy, ale to, że sięgamy nisko i osiągamy.

Jeden z założycieli i współtwórców Łobeskiego Maratonu Rowerowego Eugeniusz Gostomczyk zdecydowanie mierzył wysoko i osiągnął wiele właśnie dzięki swej determinacji, zapałowi i chęci przekazania tego innym. Każdą wolną chwilę poświęcał temu aby stworzyć na naszym terenie możliwości młodym kolarzom. Wiedział, że talent trzeba rozwijać, ale same chęci nic nie dadzą. Należy przede wszystkim odpowiednio ukształtować młody umysł, by talent mógł zakiełkować. W sporcie, a zwłaszcza w kolarstwie, talent jest niczym bez ciężkiej pracy. Ten sport wymaga wielu wyrzeczeń i godzin spędzonych na ćwiczeniach. Czasami jednak brutalne względy ekonomiczne biorą górę nad talentami. Niejednokrotnie więc jego rady miały charakter nie tylko wsparcia duchowego ale również materialnego. Dzięki jego zaangażowaniu wielu młodych ludzi zyskało coś, co określa wyjątkowość człowieka - pasję. Kolarstwo spośród wszystkich dyscyplin sportowych jest jedną z najtrudniejszych. Nawet najgorszy kolarz jest wciąż wybitnym sportowcem - powiedział kiedyś wybitny kolarz włoski Marco Pantani. Zawodowy kolarz trenuje nawet 9 godzin dziennie, ma średnio 100 dni startowych w roku i w tym względzie przedstawiciel żadnej innej dyscypliny nie może się mu równać (nawet koszykarze NBA mają mniej rozegranych meczów, niż kolarze przejechanych etapów w jednam roku kalendarzowym). Życzymy więc wszystkim kolarzom, szczególnie młodym, aby spotkali na swej drodze ludzi tak oddanych swej pasji jak Gieniu Gostomczyk, ponieważ jeśli trenujesz kolarstwo i zawsze jest pod górkę, to jest szansa że pewnego dnia dojedziesz na szczyt, właśnie dzięki wsparciu takich ludzi jak on.

ORGANIZATORZY



WYWIAD Z MIRKIEM WINIARSKIM

- Czy możesz powiedzieć, kto wchodzi w skład waszego klanu rowerowego?

- To są trzy osoby. Ja, czyli Mirosław oraz moich dwóch synów – najstarszy Michał i trzeci w kolejności, Tomek.

- Skąd wasza pasja do rowerów?

- Mogę powiedzieć, że w naszej rodzinie rowery były zawsze. Niegdyś bardziej służyły do zabawy niż celom sportowym. Zaś pasja sportowa zaczęła się w chwili, kiedy w Łobzie zorganizowano pierwszy maraton szosowy. Mój syn Michał był wtedy w pierwszej klasie gimnazjum. Przyszedł do mnie i powiedział, że organizuje się wyścig, bo jakiś pan chodził po szkole i zapraszał. W następnej kolejności przyszło kupić rower. Michał pojechał na zwykłym rowerze, bo wtedy nie mieliśmy jeszcze rozeznania co do rowerów. Pamiętam, że rower ten ważył prawie 20 kg. Po pierwszym maratonie postanowiliśmy, że zaczniemy jeździć w nich regularnie. Postanowiliśmy też wtedy poszukać dla siebie odpowiednich rowerów. Pierwsze trzy rowery pochodziły ze „złomowisk”. Dwa z nich znalazłem na ogródkach działkowych, a właściciel działki podarował mi je za darmo. Pracowałem nad nimi całą zimę. Wreszcie kupiłem i wyremontowałem Rometa, którym sam zacząłem jeździć. Pierwsze więc maratony przejechaliśmy na własnymi siłami złożonych rowerach. Potem przyszła kolej na zakup nowych rowerów. Kupiliśmy dwa Crossy, ale Michał jeździ nadal na naszym składaku.

- Ile maratonów wspólnie zaliczyliście?

- Trudno jest mi w tej chwili powiedzieć. Dwadzieścia? Może więcej? Byliśmy w Lesznie, Gorzowie, Choszcznie, Świnoujściu, na Gryflandzie, Kołobrzegu. Brałem udział w zawodach MTB w Łobzie.

- Kto jest obecnie najlepszym kolarzem w rodzinie?

- Przez pierwsze trzy lub cztery lata ojciec był niepokonany. W chwili obecnej chłopaki rosną. Rozwijają się, a ja się starzeję, więc zaczyna kłaść mnie na łopatki syn Adam. Ma 183 cm wzrostu, 83 kilo i do tego w zimie chodzi na siłownię.

- Łączycie również rowery z turystyką?

- Jeździmy rowerami na Bornholm. Jest tam tak wspaniale. Wyspa jest tak wspaniale przygotowana pod rowery, że byliśmy tam trzy lata pod rząd.

- Proponując komuś udział w maratonach, od czego radziłbyś mu zacząć?

- Należy zacząć od sprzętu. Nie musi to być sprzęt najwyższej klasy. Czasami wystarczy podstawowy, aby od czegoś zacząć. Później reszta przyjdzie sama. Myśmy swój sprzęt kompletowali przez trzy lata. Można oczywiście wszystko mieć od razu, ale jest to bardzo kosztowna sprawa. Sportu amatorskiego nie wspiera się finansowo. Maratony trzeba lubić. Mieć do nich zacięcie. Do tego trzeba mieć pieniądze i czas, bo trzeba na maraton dojechać i przygotować się.

- Plany najbliższe?

- Start w VI Łobeskim Maratonie. Potem przygotowania do kolejnego sezonu. Chcemy przede wszystkim poprawić sprzęt.




Łobeski maraton pokoleń

Z Markiem Ciechańskim, który w tym roku terminuje u swojego taty, Romka Ciechańskiego w organizacji Łobeskiego Maratonu Rowerowego im. Eugeniusza Gostomczyka (już 25 sierpnia) o urokach okolic Łobza i pokonywaniu dystansu ultra rozmawia Małgorzata greten Pawlaczek.

Co było inspiracją do zorganizowania w Łobzie maratonu rowerowego, jednego z pierwszych w cyklu PP?
Każdy z organizatorów Łobeskiego Maratonu Rowerowego miał za sobą jakąś przeszłość sportową. Romek, mój ojciec, i Gienek biegali. Gienek był nawet mistrzem swojej kategorii wiekowej. Ojciec biegał przełaje i długie dystanse. Potem przyszła kolej na rowery. Spotkali się na trasie Łobez-Węgorzyno i tak rozpoczęła się ich wspólna, kolarska tym razem pasja. Wystartowali nawet razem w kilku maratonach, namawiając do uczestnictwa w nich kolegów. W czasie jednego z treningów przyszła refleksja: „zróbmy maraton w Łobzie. Mamy przecież bazę, Łobeskie Centrum Turystyki (które zostało niestety później zlikwidowane), piękne i urozmaicone tereny oraz kilku entuzjastów sportów rowerowych”. Do grupy organizatorów dołączył Daniel Kukuła z Nowogardu. Cała trójka pojechała do Choszczna na spotkanie organizacyjne i… się zaczęło!

Jaką rolę w tym przedsięwzięciu odegrał Eugeniusz Gostomczyk?
Gienek całe życie był sportowcem. Są po prostu tacy ludzie, dla których adrenalina i wysiłek fizyczny stanowią sens życia. Wykreślił ze swojego słownika zwroty „nie można”, „nie da się”. Był świetnym organizatorem. Przy tym cechowało go bardzo przyjazne nastawienie do ludzi. Pomagał młodym adeptom sztuki kolarskiej, wspierając ich finansowo i mentalnie. To on stworzył „anegdotyczne” już różowe strzałki. Ich kolor nie jest absolutnie związany ani z damską bielizną, ani z innymi wyścigami. On też wyznaczył trasę pierwszego Łobeskiego maratonu rowerowego, liczącą 3 pętle po 110 km. Jest bardzo podobna do tej, którą przygotowaliśmy dla uczestników w tym roku. Bardzo nam go brakuje… Na ostatnią drogę daliśmy mu trochę sprzętu rowerowego, może mu się przyda, tam wysoko. Gienek był przyjacielem wszystkich. Pamięta o tym wielu maratońskich „dinozaurów”, dla których w tych naszych imprezach ważna była głównie walka z własnymi słabościami i dystansem.

Dotąd za Łobeskim Maratonem Rowerowym stał Twój tato, Romek. Teraz Ty przejąłeś pałeczkę. Masz swój własny pomysł na maraton w Łobzie?
Jeszcze nie do końca jest tak, jak mówisz. Ojciec w tym roku znów będzie komandorem. A ja? Powiedzmy, że terminuję. Ojciec był ogromnym entuzjastą promocji naszego powiatu przez imprezy sportowe. Chciał, aby jego piękno mogli dostrzec wszyscy startujący w naszym maratonie. Żeby ten zachwyt poszedł później w świat. Z tego m.in. powodu organizuje też maratony kajakowe na przepięknej rzece Redze. Są niesamowite! 40 km bardzo ekstremalnych przeżyć. O maratonach MTB nie wspominając. Imprezy te doskonale wpisują się w hasło „Powiat Łobeski naturalnie”. Niestety, jego starania nie znalazły zrozumienia u tzw. „władnych”… Ale może bez polityki.

A Twój pomysł na maraton szosowy?
Trzeba by dotknąć kwestii regulaminowych.

Śmiało. Jeszcze nie spotkałam się z twierdzeniem, że regulamin jest doskonały.
Startuję na rowerze „innym”, ale uważam, że należy zlikwidować podział rowerów na te kategorie. Odnoszę wrażenie, że to anachronizm, który w dodatku dzieli maratończyków, stwarza preteksty do nieporozumień, a do tego przyczynia się do różnych udziwnień w sprzęcie. Moim zdaniem tak będzie też taniej, a wszystko razem pozwoli uprościć procedury, komunikaty itd. Popatrz na inne dyscypliny. Dziwne wyglądałby podział ludzi biegających maratony na tych, którzy pokonują je w adidasach i tych biegających w trampkach. Uważam też, że konieczne jest utworzenie przy każdym z maratonów tzw. „dystansów rodzinnych” i pozostanie przy ultra maratonach, ponieważ dystanse coraz bardziej nam się kurczą. I taki też widzę maraton w Łobzie. Mając jednocześnie świadomość, że inni mogą widzieć go zupełnie inaczej.

W tym roku proponujecie maratończykom aż cztery trasy. Opowiedz o ich przebiegu. Jak ocenisz ich trudność?
Trasy VII Łobeskiego Maratonu Rowerowego oparte są na pętli 135 km, przebiegającej przez teren Wysoczyzny Łobeskiej. Na prośbę zainteresowanych wytyczyliśmy też dystans 100 km, który w znacznej części pokrywa się z trasą podstawową. Różnią się między sobą tylko bezpośrednim skrótem z Reska przez Ługawinę do Radowa Małego. Najbardziej ekstremalna jest trasa ultra maratonu: urozmaicona, miejscami wymagająca i trudna technicznie. Ale i tak jest ona łatwiejsza, niż trasa ultra maratonu, który przebiegał przez Szwajcarię Połczyńską (414 km). Choć warto pamiętać, że jest na niej kilka wymagających podjazdów m.in. w Strzmielach, Chwarstnie, Brzeźniaku i Przytoni. Startujących na tym dystansie zdecydowaliśmy się wypuścić o godzinie 04:00, bo bezpieczniej będzie, jeśli ukończą przejazd w świetle dziennym.

Czy dystans 400 km będzie jednocześnie kwalifikacją do Bałtyk-Bieszczady Tour?
Z tego co wiem nie było takich rozmów.

Duże jest zainteresowanie najdłuższym dystansem?
Na dzień dzisiejszy trudno mi ocenić, ale myślę, że znajdzie się kilkunastu twardych facetów, gotowych uporać się z tym dystansem. Mam nadzieję, że pomogą nam w tym sprzyjające warunki atmosferyczne. Odpowiednie rozmowy w tej materii trwają…

Przejechałeś kiedyś rowerem ponad 400 km? Jak przygotować się do takiego wysiłku?
Jestem „na dorobku”. Po raz pierwszy chcę pokonać ten dystans właśnie w Radowie. Myślę, że bardzo istotna dla tego typu zawodów jest odporność psychiczna. Ojciec mówi „posadźcie na fotelu gościa z pilotem od telewizora w ręku, a po kilku godzinach wymięknie”. Podczas maratonu trzeba spędzić na wąskim siodełku kilkanaście godzin. Z przodu wiaterek, z góry czasem deszczyk… Sama przyjemność! Reszty się nie obawiam. Nauczyłem się chodzić, a zaraz potem siedziałem na rowerku. Do dzisiaj pamiętam jego nazwę. Recepty na pokonanie tak długiego dystansu chyba nie ma. Poza ilością przejechanych kilometrów i nabytego przy tym doświadczenia. Z tą ilością u mnie trochę ciężko, bo przyszło mi łączyć pasję ze studiami, ale spróbuję pokonać ten dystans.

Dlaczego, mimo to, zdecydowałeś się „pojechać ultrasa”?
Wybrałem ultra maraton, bo będę mógł go pokonać na szosach, które znam. To „mój teren”. Pokonałem tu w sumie tysiące kilometrów i to, jak sądzę, ułatwi mi zadanie. Mam nadzieję, że wszyscy znajomi będą trzymali za mnie kciuki.

A dlaczego warto przyjechać na maraton do Łobza?
Trudno mi samemu się chwalić, ale powiem krótko… są tu fajni ludzie, piękne tereny, sprawna organizacja i właściwie domowy klimat. Dlatego serdecznie wszystkich do nas zapraszam.